Mój obraz  "Duch Gór"
Ten najdalszy najwyższy szczyt to Gerlach


M A G I A     T A T R . . .

Byłem w teatrze przedziwnym,
A był tak wielki,że za kurtyny-
Służyły mu świerki...
                                           Ogromne...
Za scenografię zaś-skaliste mury,
Tak wysokie,
     Że zawadzały o chmury...
                                                Puszyste...

Wreszcie spektakl się zaczął-
                                      Kurtyny ożyły...
I  nagle  tak  się  rozstąpiły-
                                       Jakoś  dziwnie :
      Do  góry,
                   Do dołu,
                              Na  boki ,
                                           Do  przodu...
I pojawiły się kamienne schody...
                                                             Do nieba ...  
      
Otoczyły nas świerki  dokoła -
A spośród nich jakiś głos nas woła :
Chodźcie ,zagrajcie ,bo nieobsadzone
                                        Jeszcze główne role ...
Spoza kurtyn świerkowych wychyliło się
Wiele kwiatów kolorowych-
Wśród  łanów  kosodrzewiny  i  trawy ...
A nad nimi stały przeogromne skały ,
Które w przedziwnych pozach skamieniały :
Młynarza ...
                                  Gerlacha...
                                                                   Łomnicy ... 

Patrzymy zachwyceni na odległe turnie ,
Trzymające swe głowy
        W białych  chmurach  dumnie...
                                                       Niewzruszone...

I stała się rzecz dziwna niesłychanie :
Bo te góry,
        Gdy tak patrzyliśmy na nie-
                                    Ruszyły w naszą stronę...
I z każdą chwilą były coraz bliżej ,
A jednocześnie :
 Szerzej...
                      Nad nami ...
                                       Pod nami ...
                                                     Dokoła ...
                                                                       Wyżej...

I tylko dziwne było,
                                      Że za to podziwianie-
Jedyną  zapłatą  było 
                                             Nasze  zasapanie...
I rzęsisty deszcz potu
                               Na trawy...
                                                  I skały...
                                                                  I głazy ...

I nadszedł koniec ...
                      Gdzieś za górami...
                                                    Słońce pobladło ...
Tylko w oddali widać było
                                                    Kolorowe światła :
            Nowej Leśnej ,
                                          Smokowca,
                                                                       Popradu...
A nad nimi :pomarańczowy księżyc,
Jak kolorowy lampion...
                               Z cieniutkiej bibułki ...

                                                 Jak w krainie baśni...

NIE JEDEN 
                            W  GÓRACH 
                                           Odnalazł  swą  DROGĘ...



Gielbar

WYPRAWA W TATRY- w odcinkach. (8) ZAISTE, GIELBARZE !!!



WYPRAWA W TATRY- W ODCINKACH.
(8) ZAISTE, GIELBARZE !!!

Zaiste, wypoczynek należy się Waszmości po tak intensywnej i barwnej opowieści. Nie byłbym sobą, gdybym pozwolił gościowi tak zacnemu przy pustym stole o suchym gardle siedzieć. Dyspozycyję dziewkom służebnym już wydałem, by beczułkę najlepszego trójniaku nam na stół wniosły. Rozkoszuj się także tym przepysznym oscypkiem, który stara Gąsienicowa z Zakopanego nam przygotowała. A na dzień jutrzejszy przewidziałem specjalnie dla Waszmości inną jeszcze atrakcję. Otóż zaprosiłem na występ do Tawerny naszej wędrowną grupę tancerek cygańskich, których urodę i kunszt taneczny już kiedyś okazyję miałem podziwiać i wielce mi one do gustu przypadły. Eh, gdybym młodszy był, to bym sam z tanecznicami owymi po kawalersku potańcował ! A tak jedynie oko swe uraduję ! Waszmości oczywiście, jeślić wola taka, rozrywek takowych zbraniał nie będę... A teraz puchar trójniaku przyjmij Waść ode mnie, stuknij się nim z moim i wypijmy następnie za pomyślność wyprawy naszej ! Jakież piękne widoki dziś przede mną Waszmość roztoczyłeś !

Pozdrawiam
Zagłoba



MILCZENIE...



MILCZENIE…

Idąc przed siebie,w swojej dłoni
 Trzymasz pęk liści kolorowych…
       Szelest liści pod Twymi stopami…
Nic nie mówisz...  
Cicho...Cichutko....
               Płyniesz z obłokami…

Patrzysz na mijającą  jesień
 Z czerwieniejącymi  liśćmi,
 Drżącą pod falami  uroków 
Twoich rozwichrzonych myśli -
 Cisza…

Upłynęło już wiele miesięcy… 
Po nocy biel wczesnym świtem
 Miękko purpurą z fioletami
 Dachy,drzewa i krzewy mami… 
Znowu cisza…

                               Patrzysz przed siebie...
                                    Marzysz…
Pragniesz-
   Brodzić boso o świcie po trawie,
          W porannej rosie skąpanej… 
      Gasić słońce,zapalając księżyc… 
        I znowu cisza…

Stoisz w oknie bezchmurną nocą, 
Patrzysz w rozgwieżdżone  niebo…
 Myślami tańczysz z gwiazdami…
                                                       Szukasz tej jednej…
   Wymarzonej…
                           Milczysz…

Bo mówić można o niczym…
 Milczy się – zawsze o czymś…

A może milczymy o tym samym…???

Gielbar


KOLOROWY KONCERT



KOLOROWY KONCERT
Byłem  kiedyś  na rannym  spacerze, 
 A muszę wyznać,że w bajki nie wierzę ...
 Szedłem powoli zwykłą polną drogą, 
Mijając domy,malowane płotki,
 Ogródki,których zazdrościć sobie mogą 
Sąsiedzi, znajomi- młodsze, starsze  ciotki -
 W kierunku łąk rozległych,leżących opodal ...

Widziałem i słyszałem koncert przedziwny, 
Gdzie różne dźwięki kolor miały inny:
 Pastelowe szumy, karminowe świsty,
 Tęczowe śpiewy i złotawe szepty...
 Fioletowe nuty, czerwone dźwięki, 
Zielone szepty i niebieskie jęki :

Grane na strunach traw, 
W rosie skąpanych, 
Dzwonkach kwiatów,
 Pajęczynami powiązanych ...
Poruszanych wiatrem, 
Szarpanych przez ptaki ,
 Muskanych przez motyle ...

I sam już nie wiem,czy wszystko tak było,
 Czy  tylko  to  mi  jakby się  przyśniło ...???

Tylko skąd źdźbła traw w moich włosach ...???

Gielbar

BRZEGIEM MORZA...


 

 ( Obraz Artura Baranowskiego)

BRZEGIEM MORZA...

Jakież to wspaniałe uczucie
Móc dać się nad morze unieść
I wysłuchać koncertu
Przez morskie fale granego,
Napędzane wiatrem -
Ciemną nocą i za dnia białego,
Bijące o brzeg,
Falochronami chroniony-z łoskotem...
O burty łodzi,
 Na brzegu drzemiące bladym świtem-
Przed wypłynięciem w morze na łowy...
Szemrzące piaskiem na wilgotnej plaży,
Przy wtórze szumu takielunku i łopocie żagli-
Uszom żeglarzy tak radosnym przecież...
I świstów szorstkich traw na wydmach,
                                           pokrytych poranną rosą,
Posypywanych ziarenkami piasku ,
                                                biegnącymi bez celu...
Oświetlone promieniami wschodzącego słońca,
Albo gwiezdnym pyłem i pełnym księżycem...

Na koniec pytanie : czy to sen czy jawa.....???

Gielbar



























( Obraz  Caroline Atkinson)



(7b) Cd. "WYJŚCIA NA SZLAK"

 
(7b) Cd. „ WYJŚCIA NA SZLAK””.
Od tego miejsca szlak przybiera nowe szaty- idziemy prawie dnem doliny, brzegami potoku- raz jednym, raz drugim- cały czas z mocnymi dźwiękami szemrzącej zmiennie wody. Tu, jeśli dopisze nam szczęście, możemy zobaczyć ciekawą scenkę: na mokrym kamieniu stoi brunatno-rdzawy, nieduży ptaszek, podobny do wróbla (bo i do rzędu wróblowatych przynależy), ale o dziwnych obyczajach- stoi, łepek przechyla do dołu, jakby przeglądał się w wodzie i…nagle znika. Przez pewien czas go nie ma… i nagle znów się zjawia… wystrzeliwując z wody w oka mgnieniu- to pluszcz wodny, w ten sposób zdobywający pożywienie, piękna ozdoba górskich potoków. Jesteśmy już wysoko, świerki coraz niższe, rzadsze, sporo połamanych przez wichry halne, czasem ze starości, po lewej stronie pojawia się bezdrzewna polana… I prawie nagle świerki ustępują pola królowej wyższych partii gór- wiecznie zielonej kosodrzewinie, której, płożące się po ziemi pnie, konary, są powywijane, niczym jakieś węże w morderczej walce…To porównanie jest trafne chyba, bo to wynik walki rośliny o przetrwanie z żywiołami: śniegiem, deszczem, wichrami, na śmierć i życie…o życie… W nagrodę za wysiłek mamy teraz kilkusetmetrowy spacer, prawie po płaskim terenie, wśród łanów kosodrzewiny, przyozdobionych pięknymi kwiatami: pełnikami, goryczkami, kuklikami, omiegami i górującymi nad nimi bylinami o ogromnych, prawie okrągłych liściach i wyniesionych na wysokiej łodydze żółtych kwiatach o nazwie ”Miłosna górska”. Na górnej granicy kosodrzewiny stoi - wspomniany wcześniej- Śląski Dom, na brzegu uroczego, wydłużonego jeziora o niezaskakującej nazwie Velicke Pleso o turkusowo- granatowej barwie: takie piękne lustro dla nieba i obłoków… Mości Zagłobo! Jesteśmy u celu pierwszego etapu naszej wędrówki na wysokości już 1670m. To już sporo, zważywszy, że Tatranska Polianka to 1000m. Wszystkim, którzy wytrwali w tym zmaganiu z górami, a przede wszystkim ze swoimi słabościami, należy się teraz odpoczynek i wzmocnienie, więc poczęstuj ” czym chata bogata” i wyciągnij beczułkę tego smakowitego trójniaka, a pogwarz trochę w swoim stylu teraz Waszmość, bo mnie trochę w gardle zaschło od ciągłego gadania- może zasłużyłem choć na łyk trójniaka i odzyskanie głosu przed następnym etapem… A to już będzie jeszcze całkiem inna bajka, gdzie już wyższej rośliny nie ujrzysz, ale jakie skały, jakie pejzaże… W pas się kłaniam !!!

Gielbar

 Velicke Pleso...

(7a) WYJŚCIE NA SZLAK...

 
 (7a) WYJŚCIE NA SZLAK…
Czas wyruszyć na szlak już w prawdziwe góry szlakiem zielonym, którego kolor niech da nam wszystkim nadzieję, że każdego, kto z nami zdecyduje się wybrać- spotka coś miłego, przeżyje coś wzniosłego, może coś zapamięta na długo… może spełni się jakieś marzenie…może…??? Za naszymi plecami - w dole- zostały ślady cywilizacji, szum świerków, szarpanych trochę wiatrem, zagłuszył już ostatni warkot silnika jakiegoś pędzącego auta… Przed nami czysta natura prawie nienaruszona działalnością człowieka. Zapach naturalnego lasu świerkowego wzmaga chęć do wysiłku, aby jak najszybciej coś nowego, ciekawego zobaczyć. Idziemy w poprzek jeszcze łagodnego stoku: po prawej stronie wyższe partie widać na tle nieba, po lewej w dół stok zbiega razem ze świerkami, których korony prawie naszych stóp sięgają, lekko się kołysząc, szumiąc, a ich cienie tańcząc sprawiają, że las się mieni wspaniałymi, zmiennymi barwami, wszystko własnym rytmem żyje… Coraz głośniejsze nasze oddechy jakby współdźwięczą z szumem lasu, tworząc swoistą kapelę, a do tego różne stukanie naszych butów, zależne od tego, na co trafi nasza stopa-miękką ściółkę, piasek, czy głaz jakiś… Idziemy tak równym rytmem dobre pół godziny, podziwiając w zmiennym świetle różne mniejsze, większe roślinki leśnego poszycia: jakieś krzewy, krzewinki, paprocie, kolorowe wrzosy, a miedzy nimi jakby zbiegające po zboczu małe, duże głazy, zamarłe w bezruchu w czapach z puszystych mchów i porostów… Tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu od dawna… Po pewnym czasie do dźwięków naszej kapeli zaczynają dołączać jakieś nowe głosy: jakiś niby turkot, dziwny szum, jakieś pluski- to znak nieomylny, że zbliżamy się do górskiego potoku, który dnem Velickiej Doliny płynie. I rzeczywiście, zza kolejnego załamania stoku wyłania się w dole srebrem mieniąca się wstążka, wstążeczka- to Velicky Potok, dodający uroku tej cudnej dolinie, nasycając powietrze porannymi mgiełkami, unoszącymi się wśród nadbrzeżnych wrzosów, krzewów, a wilgoć, pełznąca po zboczu tak silnie wzmacnia tu wszelkie zapachy, że mamy wrażenie, jakbyśmy trafili do drogerii natury… Po blisko godzinie spokojnego, cały czas wyraźnie pod górę, marszu- dość nagle- dolina silnie się zwęża, a dwie prawie białe strome ściany skał zbliżają się do siebie- prawie na wyciągnięcie ręki. Nasz szlak przecina w tym miejscu urwisty stok jeszcze stosunkowo niewysokiej góry o nazwie Velky Kriżny Kopec- liczący ponad 1300m.Szczególnie w tym miejscu Velicky Potok tworzy piękne, spore wodospady, które głównie wiosną i późną jesienią całkiem groźnie huczą, bo i sam potok znaczne przybiera rozmiary w tym czasie. Trochę dalej dochodzimy do mostku na drodze prowadzącej do górskiego hotelu „Sliezsky Dom”(Śląski Dom).

Ciąg dalszy nastąpi niebawem…
Gielbar